niedziela, 12 maja 2013

[001] - Uderzenie serca


     W życie po śmierci nie wierzę. W los, fatum, czy inne tego typu bzdety także. Bóstewka, boginki- toż to bez sensu. Ludzie wymyślają to wszystko, bo boją się tego, co będzie po drugiej stronie. Do końca życia chcą wierzyć, że ostatecznie nie zginą. Tchórze, głupcy. Nikt nie jest wieczny i nikt nie będzie. 
   Wieczność - to takie śmieszne słowo. Słowo, które przecież nie istnieje. Boga nie ma- to wymysł osób bojaźliwych, ludzie, zwierzęta umierają, budowle w końcu tak czy inaczej zmienią się w ruinę. Po co ktoś stworzył słowo, którego nie da się wykorzystać?      Skoro po śmierci nic nie ma... To dlaczego ja mam jeszcze świadomość tego co robię? Czy tak wygląda ta druga strona? Nieprzenikniona czerń, chłód i cisza dzwoniąca w uszach?
   Skuliłam się, a głowę ukryłam pomiędzy kolanami. Zimno zaczęło robić swoje.  
   Czy ja już zawszę tu będę?
     Przemknęło mi przez myśl. Jeśli okaże się to prawdą, może zacznę żałować swoich grzechów? A może nie?
      Nagle jednak usłyszałam jakiś cichy, melodyjny głos, dochodzący z oddali. W tej otchłani był dla mnie jednak niczym krzyk. Wzdrygnęłam się i odruchowo podniosłam wzrok, próbując zorientować się, skąd dochodzi. Próżne okazały się moje wysiłki. Miejsce, w którym się znajdowałam było najwyraźniej nie próżnią, a jakimś wielkim pomieszczeniem, gdzie dźwięk odbijał się od ścian, tworząc echo. W którą stronę bym się nie obróciła, słyszałam swoje imię, to ciszej, to głośniej. Ktoś najwyraźniej się ze mną bawił. Nienawidziłam takich gierek. Dopuszczałam je tylko w wypadku, gdy to ja zabawiałam się z ofiarą przed śmiercią, dając jej jeszcze iskierkę nadziei nim przeszyję ją na wskroś mym ostrzem. Zmieniając temat... Gdzie jest moja katana? Nigdy się bez niej nie ruszałam. Prawdę powiedziawszy, to z nią nawet spałam. No, nie tak dosłownie. Zawsze leżała albo na krańcu łóżka lub zaraz obok, ewentualnie pod poduszką. Bez niej czułam się bezbronna. Mniej więcej tak jak teraz. 
      Głosy, wzywające mnie po imieniu nie ucichły. Przeciwnie, stawały się coraz głośniejsze. Tak jakby ich źródło było bliżej, z każdą sekundą, z każdym uderzeniem serca o metr, dwa, pięć. Rozejrzałam się nerwowo po otoczeniu. Nic się nie zmieniło. Ciemność. Zacisnęłam pięści.

     Co do jasnej cholery się tu dzieje?! Przecież ja nie żyję! 

      Może to jednak nie takie oczywiste. Może to był tylko sen? Ten feralny dzień... Może ja go sobie tylko wymyśliłam? Tak, na pewno. Zaraz się obudzę w jakimś obskurnym hoteliku przez oślepiające promienie popołudniowego słońca, wpadające przez zakurzone firanki. Jakby się głębiej zastanowić to całkiem logiczne rozwiązanie. 
Wcale nie spotkałam swojej siostry, nie walczyłam z nią. Mojej śmierci nie było. 
 To wszystko sen!   
Tylko... Czemu ja się nie budzę? 
      Nagle głosy stały się tak głośne, że wydawało mi się, iż nie słyszałam ich już tylko uszami, ale i umysłem. Byłam w stanie skupiać się jedynie  na cichym, jakimś dziwienie złowieszczym i kpiącym Kiro... Kiro... Kiro... Moje ciało przeszył zimny dreszcz, na tyle chłodny,  że znów się skuliłam. Nie mogłam już wytrzymać, czułam, że nie jestem w stanie oddychać. Przytknęłam dłonie do uszu. Zrobiłabym wszystko, byle tego nie słyszeć. Komuś jednak bardzo zależało na moim cierpieniu. Słowa z każdą sekundą stawały się coraz głośniejsze. Z szeptów przeszły niemalże w krzyki. Przycisnęłam ręce mocniej do mojej głowy. 
      - PRZESTAŃ! - całe to piekło przerwał mój histeryczny wrzask. 
      I znów stało się cicho. 
      Podniosłam wzrok, by rozejrzeć się wokół. Ty razem coś się zmieniło. Może to zabrzmi idiotycznie, ale ciemność, która mnie otaczała stała się jaśniejsza. Zamrugałam kilkakrotnie i wytężyłam wzrok. W oddali mieniło się jakieś światełko, które powoli zbliżało się w moją stronę. I wtem usłyszałam cichy głos. Ten sam, który wcześniej niemal doprowadził mnie do szaleństwa. Tym razem brzmiał jednak melodyjnie, słodko, delikatnie. Owa postać śpiewała coś pod nosem. Dopiero gdy podeszła dostatecznie blisko, udało mi się usłyszeć z początku tylko niektóre słowa, a później całe wersy.   

 Dusza porwana przez wiatr,    
Serce wykradzione przez człowieka.   
Och Ziemio...   
 Och burzliwe deszcze...  
  Och niebo... Och świetle... *
    W miarę, gdy śpiewała podążała coraz bliżej mnie. Nie wiem, czy miałam jakieś przywidzenia i umysł płatał mi figle, czy naprawdę to widziałam? 
Ciemność po prostu się przed nią rozstępowała. Z każdym jej krokiem w moją stronę, robiło się coraz jaśniej, a mnie samą coraz bardziej ogarniało wrażenie, że ów kobieta mi pomoże. Wyciągnie mnie z tego bagna, w które się wplątałam. 
     Cały czas miałam nadzieję, że to tylko sen, że zaraz się obudzę. Gdzieś w głębi umysłu byłam jednak świadoma tego, co się stało, a kobieta, która teraz przede mną stała wydawała mi się jedyną ucieczką z ciemności, a fakt, że pochyliła się nade mną, patrząc prosto w oczy musiał świadczyć, że nie zostawi mnie samej sobie. Że pomoże. 
     W tej całej swej tajemniczej jasności, mlecznych włosach, opadających kaskadą na jej odkryte, alabastrowe ramiona i pięknie haftowanej, białej szacie wydała mi się wtedy najpiękniejszą i najniewinniejszą istotą, jaką kiedykolwiek widziałam. Tak podziwiałam  jej osobę, że doszło nawet do tego, że bałam się spojrzeć jej w twarz. Wiem, bezsensowne, ale tak właśnie było. W końcu jednak po długiej chwili milczenia podniosłam wzrok, który spotkał się z jej błyszczącymi, błękitnymi oczyma. Kobieta uśmiechnęła się do mnie i wyciągnęła dłoń w moją stronę. Jakiś czas wahałam się, lecz w końcu postanowiłam jej zaufać, powierzyć moje i tak skończone i beznadziejne życie. Podałam jej rękę, a ta pomogła mi się podnieść. Zaraz po tym odwróciła się do mnie plecami i ruszyła w kierunku, z którego przybyła. Wpatrywałam się w nią oniemiała, zachwycona jej pięknem, delikatnością i gracją, z jaką wykonywała każdy krok. Nawet nie patrząc mi w oczy, rzekła:
     - Wstań i chodź ze mną, potępiona duszo. 
     Już otwierałam usta, żeby zapytać, ale uprzedziła mnie. 
     - Tam gdzie idziemy, może otrzymasz zbawienie.   
   
 Zbawienie dla kogoś takiego jak ja? Nonsens. 
     Coś jednak podpowiadało mi,  abym udała się, gdzie mnie prowadzi. Miałam przeczucie, że tam wytłumaczą mi wszystko, co się wydarzyło. 
     Kobieta nawet na mnie nie poczekała. Ruszyła powolnym krokiem w ciemność, która ustępowała miejsca jej iskrzącej się postaci. Pobiegłam za nią. Nic innego mi nie zostało. 
     - Jak się zwiesz, duszku? - zapytała, gdy tylko stanęłam za nią, nie mając odwagi się z nią zrównać. 
     - K-Kira... - odparłam cicho. 
     Nie odpowiedziała. 
     I znów nastąpiła długa chwila milczenia, która mnie samej wydawała się nieskończonością. 
     Otoczenie zaczęło powoli się zmieniać. Z czasem udawało mi się rozróżniać niektóre obiekty. Najczęściej były to wyschnięte na wiór, niskie drzewka lub niewielkie kamienie. Ot, wielka różnorodność krajobrazu. Przynajmniej takie pocieszenie, że ciemność zaczęła się stopniowo rozpraszać, ustępując miejsca półmrokowi, a wcześniej zimne powietrze, teraz stawało się ciepłe. 
     Po kilku chwilach marszu w kompletnej ciszy w oddali zobaczyłam małe, czerwone światełko. W miarę, gdy się do niego zbliżaliśmy, ciepło, które od niego pochodziło, zaczęło przyjemnie ogrzewać nasze twarze. Gdyby tylko nie lekki wiaterek, unoszący w duszne powietrze gryzący w oczy pył, można by owe warunki nazwać idealnymi.
     Po kilkunastu kolejnych uderzeniach mojego, skołatanego serca znalazłam się przed ogromnymi wrotami, wykutymi w ciemnej skale. Spoglądnęłam w górę. Nad sobą nie widziałam już jedynie czerni, ale ku swojemu własnemu zdziwieniu ujrzałam zabarwione na szkarłat niebo, zasnute grubą chmurą brunatnych pyłów.
       Gdy tylko kobieta stanęła przed drzwiami, te z głośnym skrzypieniem otworzyły się, dając jasny znak, że możemy wejść. Wytężyłam wzrok, ale nie udało mi się zobaczyć niczego oprócz ciemności, zalegającej w pomieszczeniu za przejściem. Białowłosa odwróciła się w połowie drogi i skinęła na mnie dłonią. Nie miałam wyboru, musiałam jej usłuchać. W końcu… Co mi zależy? I tak już nie żyję. A przecież nie można po raz kolejny zabić martwego, nieprawdaż?
Gdy tylko znalazłam się w środku, uderzyło mnie duszne powietrze, gdzie na szczęście nie zalegało aż tak wiele brudnego pyłu. W końcu mogłam spokojnie odetchnąć.
     Nagle wyczułam jakiś ruch. Rozglądnęłam się uważnie i ujrzałam strzępek migającego mi w oddali, ciemnego płaszcza.
    -Shinji, nie baw się ze mną w kotka i myszkę, wyłaź. Nie mam czasu ani ochoty na te twoje gierki – powiedziała donośnym głosem moja towarzyszka. 
Na jej słowa z cienia zza najbliższą skałą wyłonił się zakapturzony mężczyzna. Zacmokał kilka razy i stanął naprzeciw nas. Nie, poprawka. Naprzeciw białowłosego anioła, zaraz obok mnie.
     - No, no, Hikari. Czymże zasłużyłem na twoją wizytę? – zapytał. W jego głosie dało się słyszeć nutkę wyższości i zdecydowaną szczyptę pewności siebie.
     -Zamknij się. – warknęła. Spojrzałam na nią zdziwiona.
    -No, proszę… Kotek pokazuje pazurki. – zadrwił.
    - Shinji… - powiedziała już bardziej zniecierpliwiona.
    - Bez nerwów, proszę… - odparł, już spokojniej.- Voi chi siete, dolce passero?** – Tu zwrócił się do mnie, szczerząc zęby w szarmanckim uśmiechu. Białowłosa prychnęła, splatając ręce na piersiach i odwracając wzrok.
     - Jestem Kira. – odezwałam się cicho.
     - Kira, Kira Kira… - Mężczyzna zastanowił się chwilę. – Skąd ja znam to imię..? – zwrócił się zdecydowanie bardziej do maleńkiego kamyczka na ziemi, aniżeli do nas.
W tym momencie, zupełnie niespodziewanie odezwała się Hikari, spoglądając w oczy zakapturzonej postaci.
     - Kira, morderca, do tego płatny, ma siostrę bliźniaczkę, z której ręki zginęła.
     - Ano tak! – Mężczyzna, który jak się orientowałam, miał na imię Shinji, zaklaskał w dłonie. Ów odgłos echem rozniósł się po otaczających nas skałach, a przez moje ciało przeszły dreszcze.
     - Znalazłam ją w nicości. Została zamo… - kontynuowała kobieta.
     - Rozumiem, świetnie! Właśnie kogoś takiego szukałem, dziękuję Hikari, że ją tu przyprowadziłaś! – przerwał jej i bezceremonialnie podszedł do mnie, chwytając za podbródek. Przyjrzał mi się uważnie, oglądając najpierw prawy, później lewy profil, a następnie całą twarz.
     - Ile masz lat? – zapytał nagle.
     - Ile miałam? – poprawiłam go – Miałam dziewiętnaście. – Skinął głową.
     - Nadajesz się. – powiedział chłodno i puścił mnie, podchodząc do anioła stojącego obok. – Pani, jak mógłbym ci się odwdzięczyć? – i znów ten ton. Drwina i pewność siebie.
     -Mógłbyś czasem przestać żartować i wziąć niektóre spray na poważnie. – rzekła, a ironia i szorstkość owej wypowiedzi, echem poniosła się po jaskini. Tak,  jaskini, teraz już byłam niemalże pewna, gdzie jesteśmy.
Nagle Hikari odwróciła się na pięcie i skierowała w stronę drzwi. Nawet nie odwróciła się w moją stronę. Rzuciła tylko na odchodne:
     - Ty nigdy się nie zmienisz, Shinji! Pamiętaj, wisisz mi przysługę.
     - Oczywiście, pani. – uśmiechnął się.
Tępo wpatrywałam się w drzwi, które zamykały się za cieniem mojej niedoszłej wybawicielki. Nie mogłam uwierzyć, że ona tak po prostu zostawiła mnie z tym facetem. Nawet nie miałam pojęcia, kim był. Jedyne, co było mi wiadome, to to, że zwie się Shinji i jak wywnioskowałam, jest jej jakimś starym znajomym. Tyle z zasobów moich informacji o zakapturzonym mężczyźnie. Przeklęłam w myślach. Nienawidziłam takiej niewiedzy. Wolałam mieć wszystko ładnie wyłożone na stole. Uwielbiałam przebierać w informacjach.
     A do tego traktowała mnie niczym przedmiot. Jak przysługę. Niewybaczalne.
Przyjaciel mojej kochanej Hik skinął na mnie dłonią i nawet nie patrząc, czy za nim podążam, ruszył przed siebie. Podążyłam za nim- w końcu nie miałam już innego wyboru. Mojej wspaniałomyślnej wybawicielce najwyraźniej nie byłam już wcale, a wcale potrzebna. Po prostu się mnie pozbyła. Jak śmiecia. 
     Wynurzyłam się zza skały, wchodząc do jakiegoś korytarza. Natychmiast musiałam przysłonić ręką oczy, bo oślepiające światło palących się pochodni podrażniło moje delikatne tęczówki. Shinji, który szedł z cztery kroki przede mną także chwycił jedną pochodnię i poprowadził mnie wzdłuż długiego korytarza.
     - Gdzie idziemy? – zapytałam nagle.
     - Do mojego gabinetu. Porozmawiamy o twojej pracy.
Wlepiłam wzrok w jego plecy.
 O jakiej pracy on do cholery mówi? 

*** 
* "Kaze no requiem" 

** Kim jesteś, słodki wróbelku?

***
Boże, ileż to trwało? Pięć miesięcy, ale liczy się to, że jest, ne? 
A więc tak, przy okazji chciałabym dodać kilka bezsensownych słówek od mła. 
Primo po pierwsze bardzo chciałabym podziękować kilku osobom. Przede wszystkim mojemu cudnemu pan Kejkowi, który po mojej prośbie wzorowo męczył mnie, abym napisała pierwszy rozdział. Z początku tylko upominał, ale jak to nie skutkowało, zaczął grozić. Dziękuję! 
Do gromadki osób, które miały swój wkład w powyższy rozdzialik zaliczyć należy także moją kochaną i wzorową betę, która przeczytała te okropne wypociny i cierpliwie wytknęła błędy. Ze stoickim spokojem odpowiedziała także na głupie i bezsensowne pytania wymęczonej po weselu Kirci. Wielkie arigatou! 
Primo po drugie bardzo chciałabym przeprosić za moje lenistwo i podziękować za cierpliwość oraz lekturę owego rozdzialiku 
Do następnego, jeśli takowy się w ogóle pojawi!  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz